Na początku był chaos. No nie, żartuję przecież. Choć podobno to chaos był na początku według Mitologii, bo według Biblii to było nic. Tak, podobno nic nie było, a później się zrobiło. Niezłe cyrki co nie? Ale tutaj to nie o tym miałem zamiar pisać, a o czymś innym, choć też dotyczącym początku. Ale początku innego, zupełnie, totalnie, niezaprzeczanie.
Skąd więc ma miłość do kolorowych skarpetek?
To było wczoraj. Nie no, bez przesady, to nie miało miejsca wczoraj, a już jakiś czas temu. Przecież gdybym zakochał się w soxach wczoraj to bym nie zaglądał od razu bloga o nich. W końcu miłość dojrzeć powinna. Oj, powinna.No dobra. To po kolei.
Było ciepło. Ale to bardzo ciepło, a ja byłem na festiwalu w Opolu Lubelskim, gdzie muzyka grana była wręcz nie z tej Ziemi. Gdzie spało się pod namiotem. I gdzie w końcu to wszystko odbywało się w urokliwym parku, parku osłoniętym drzewami. I były tam też różne stoiska. Stoiska z ubraniami, różnymi. Naprawdę. I było też stoisko ze skarpetkami, których co prawda początkowo kupować nie miałem zamiaru, ale te skarpetki, które ze sobą na ten festiwal zabrałem gdzieś się rozpłynęły. Tak jakby w powietrzu. No to wziąłem parę co by na boso butów nie zakładać. I wiecie co? Początkowo się wstydziłem tych kolorowych skarpetek. Ale gdy na moich stopach zobaczyła je jedna, urodzą, piękną, kasztanowowłosa dziewczyna i kiedy te kolorowe skarpetki stały się pretekstem do tego, aby wspólnie udać się na małe igraszki do namiotu pokochałem je.
Obecnie regularnie odwiedzam pewien sklep ze skarpetkami, w którym kolorowych wzorów jest co niemiara. A i nawet sprezentowałem kilka par tej pannie, z którą od czasu do czasu, nawet pomimo dzielącej nas odległości, się spotykam ;)
No i tak to się zaczęło. I teraz trwa ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.